niedziela, 19 października 2008

o pijaństwie

brak zahamowań
marzenia na wierzchu
nerwy w uśpieniu
seks lekarstwem na wszystko
zajebiście głośna muza przyjacielem
piwo w szklance niedopite nadzieją
papieros
na balkonie
i mocz
na chodniku
nie dziwi nic
i on
nieznany
i można wszystko
nie dziwi nic

...o samopoczuciu...


Metallica > Black Album > Nothing Else Matters



Nothing Else Matters
Nic innego się nie liczy


Jesteśmy sobie tak bliscy
Niezależnie od tego, jaka odległość nas dzieli
Nasze serca nie mogą już sobie więcej ofiarować
Ufać będziemy sobie zawsze
I nic innego się nie liczy

Nigdy nie otwierałem się w ten sposób
Ale to przecież my decydujemy jak chcemy przeżyć życie
Tego wszystkiego nie mówię ot tak sobie
Nic innego się nie liczy

Szukam ufności i znajduję ją w tobie
Każdy dzień odkrywa dla nas coś nowego
Umysły nasze są otwarte na odmienny punkt widzenia
I nic innego się nie liczy

Nigdy nie dbałem o to, co oni robią
I nie dbałem o to co wiedzą
Bo wiem, że

Jesteśmy sobie tak bliscy...

Nigdy nie dbałem o to, co oni robią...

Nigdy nie otwierałem się w ten sposób
Ale to przecież my decydujemy jak chcemy przeżyć życie
Tego wszystkiego nie mówię ot tak sobie

Szukam ufności i znajduję ją w tobie...

Nigdy nie dbałem o to, co oni mówią
Nigdy nie dbałem o to, w co grają
Nigdy nie dbałem o to, co robią
I nie dbałem o to co wiedzą
Bo wiem, że

Jesteśmy sobie tak bliscy...
Podyskutuj na forum o Metallica


So close no matter how far
Couldn't be much more from the heart
Forever trusting who we are
And nothing else matters

Never opened myself this way
Life is ours, we live it our way
All these words I don't just say
And nothing else matters

Trust I seek and I find in you
Every day for us something new
Open mind for a different view
And nothing else matters

Never cared for what they do
Never cared for what they know
But I know

So close no matter how far
Couldn't be much more from the heart
Forever trusting who we are
And nothing else matters

Never cared for what they do
Never cared for what they know
But I know

Never opened myself this way
Life is ours, we live it our way
All these words I don't just say

Trust I seek and I find in you
Every day for us something new
Open mind for a different view
And nothing else matters

Never cared for what they say
Never cared for games they play
Never cared for what they do
Never cared for what they know
And I know

So close no matter how far
Couldn't be much more from the heart
Forever trusting who we are
No nothing else matters

o rozczarowaniu

ranki budzą mnie nadzieją na uśmiech
zanim otworzę oczy, jeszcze w półśnie
wydaje mi się , że zaczynam żyć
i wtedy, gdy już cień uśmiechu błąka mi się po twarzy
słyszę krzyk i płacz
udaję, że śpię i szykuję się do ataku
zapominam sny, pościel staje się zimna jak lód
mięśnie sztywnieją w bezruchu
nie mogę oddychać
gardło mnie boli od niewypowiedzianych jeszcze klątw i bluźnierstw
prędzej czy później wyrzygam je z siebie
w spazmach bezradności
złości
razem ze łzami wypłyną na świat
czarne i gęste jak smoła
zbiorę się dopiero w autobusie
starając się myśleć tylko o przyszłości
tej najbliższej
i nic nie zmieni się
i nic nie uda się
i nic się już nie ułoży
tak jak powinno
za dużo słów
za dużo gniewu
za długo
kula z ognia ciężka jak ołów
w brzuchu
nie pozwala iść naprzód
z podniesionym czołem
jasnym okiem
wyprostowanym karkiem

z miejsca na miejsce
powłócząc nogami
przemierzam życie
na nogach jak z waty
ze strachu
z niepewności
z braku zaufania
z samotności
wśród ludzi
i tak mi szkoda czasu
i tak mi szkoda czasu
a on płynie nieustannie
i marnuje się
i marnuje się
i płynie bez litości

marzy mi się
spokój
brak strachu
pewność zapewnień
łagodność

nie mogę całe życie udawać
że się nic złego nie dzieje
że się nie boję

poniedziałek, 6 października 2008

o dniu powszednim

...dobiję się lampką czerwonego wina i jakoś dotrwam do rana w letargu...nie przyśni mi się nic...obudzi mnie turkot tramwaju, co z zajezdni na miasto rusza w ludzi z zaspanym motorniczym w środku...już nie zasnę...świt podniesie mnie z pościeli ... pójdę po świeży chleb, pachnący dłońmi piekarza...pokłonię się wracającym z imprez i szwaczkom ,co na akord wycinają wkładki do butów...zrobię sobie twarz korzystając z odrobiny tuszu i szminki...ubiorę sie w perfumy i dżinsy...ruszę do pracy gotowa na wszystko..w końcu za to mi płacą...w autobusie nieuśmiechniętych ludzi ze słuchawkami w uszach ponaglę wyobraźnię latynowskimi rytmami...ciepło piasku, chłód wodospadów, taniec wachlarza na tle twarzy śniadej i niebezpiecznej...

...Janie Sebastianie...pojawiasz sie w momentach, w których potrzebuje Cie najbardziej...każdy mężczyzna powinien mieć takie wyczucie...

...wyjdę z pracy...szczęśliwie zmęczona... pomyślę, że robię coś twórczego...zanim nie zdam sobie sprawy z tego, że wszystko już było i że teatr jest miejscem nikomu niepotrzebnym...nic by się złego nie stało, gdyby go nie było...nikt by nie czuł straty...nikt by nie płakał...nikt by nie cierpiał...w bezsensie uczuć wrócę do domu...

...nie ma Ciebie...Ciebie nie ma...

...i poudaję życie codzienne, życie normalne...z obiadem i wyjściem na spacer z psem w tle...

...i tylko gdy mówisz "kopcie" czuje sie jak człowiek...ja też "kopcie"...

...potem znów, jak w nawracającym śnie pojadę autobusem..latynowskie rytmy...wodospady..teatr...cierpieć...

...a w głowie?...co w głowie?...w głowie poszukiwania sensu, niepotrzebne...bo po prostu trzeba żyć... i cieszyć się i śmiać...z czego?...z czego się śmiejecie? sami z siebie się śmiejecie...

...a Ciebie nie ma, choć w tłoku życia udaje nam się spotkać ukradkiem...i patrzeć na siebie i śledzić postępy starości na twarzach, wspominać i dotykać niepewnie...jak za pierwszym razem...

wtorek, 30 września 2008

o pełzaniu

...hmmm...przebrani w ciuchy dalekie od tych, w których mozna na salony ruszyć i w tan...czyli krótko mówiąc w dresy i podkoszulki tudziez w bluzy, kładziemy się na podłodze i z zamkniętymi oczami ,wspominając najsmaczniejsze chwile naszego życia, oddychamy...równo i spokojnie...wszystkimi częściami ciała...najbardziej lubię oddychać miednicą...następnie, przeciągając się i ziewając obficie zaczynamy przetaczać się wokół własnej osi...zawroty głowy okrutne, do mdłości...potem wyobrażając sobie, że oprócz rąk i nóg, których jak dobrze policzyłam jest po parze, głowa i dupa to również kończyny...poruszamy sie, jak nam w duszy zagra...jak nam ciało podpowie...jaki mamy nastrój...kiedy spotykamy się na drodze naszych gestów, wchodzimy w surrealistyczne interakcje...oplatamy się wzajemnie i pełzamy i przeciskamy i przytulamy i dotykamy...odpychamy...wszystko przy dźwiękach muzyki...czasem agresywnej, czasem łagodnej jak wiatr w trzcinach, wiatr w trzcinach, wiatr w trzcinach...dość niewygodna zbitka dykcyjna...następnie powoli, bez pośpiechu...z parteru przechodzimy do pozycji stojącej, przeżywając swoistą ewolucję gatunku ludzkiego...podważaną bezskutecznie przez profesora Macieja Giertycha...potem chodzimy, biegamy, rozciągamy się wzajemnie, łapiemy kontakt wzrokowy...motywowany, intencyjny, emocjonalny...przechodzimy do synchronizowanych układów i działań, które w mniejszym lub większym stopniu wchodzą do realizowanego przedsięwzięcia...trudno o tym pisać...za każdym razem inaczej wygląda poszukiwanie możliwości ciała i jego wymowności...niewerbalnego kontaktu z otoczeniem, kontaktu świadomego, prostego, jasnego, odczytywalnego...nie wiem czy istnieje takie słowo...to tyle o pełzaniu...

środa, 10 września 2008

pieśń nad pieśniami

http://pl.youtube.com/watch?feature=related&v=BpuE_0MafLI

o pracy

...zmęczona brakiem kultury kierowców, tłokiem przechodniów i smogiem, który wdziera się do płuc przy każdym wdechu, docieram do budynku, którego jedyną ozdobą jest napis
" Żydzew" misternie sprayem, w ciemnościach nocy stworzony dłońmi miejcowych dzieciaków, którzy na oczy nie widzieli ani Żyda ani dobrego piłkarza...rower, który pozwala mi pokonać odchłanie miasta, parkuje w przedsionku miejsca mojej pracy...to nowe miejsce...niespokojne jeszcze od długotrwałej, nieznośnej nieobecności ludzi, chłodne i mroczne...idealne...miejsce, które pamięta akademie ku czci kontrolerów biletów, spotkania pracowników kolei państwowych, zabawy choinkowe dla dzieci zawiadowców i pań zapowiadajacych odjazdy i przyjazdy pociągów...pije kawę z panią Ewą, sprzątaczką i czekam na ludzi, z którymi przeniosę się w inne przestrzenie, wymiary, pokłady świadomości...
...żeby wprowadzic sie w odpowiedni nastrój, w ciemnej, rozległej sali pomalowanej od sufitu do podłogi na czarno oglądamy Felliniego " A statek płynie "...bas śpiewa do kury, prochy diwy operowej rozsypują się po wodach oceanu, ocean jest z folii...rozmawiamy...o bezkłowej szlifierce...o wydajności pracy...palimy papierosy w pokoju obok...pije miętę, zapach rozchodzi się po całym budynku...ogladamy Chaplina...rozmawiamy w ciemnościach...w końcu przychodzi czas na Polską Kronikę Filmową...wspomnienie groźno-śmiesznej przeszłosci narodów ogarnietych szałem socrealizmu, komunizmu, tyranizmu, głupoty, ludzkich tragedii, zwykłego życia w zwyklych kolejkach, ideologii, propagandy, norm w fabrykach... rozmawiamy o przeszlosci naszego kraju...i zmianach na i nie na lepsze...
...rozchodzimy sie do domów, sklepów, barów, dzieci...zjeść, pomieszkać, spać, wyprowadzic psy na spacer i odebrać ze szkoły dzieci...rozchodzimy się po to, by znow późnym popołudniem spotkać się znów...
...i znów w ciemnej i chłodnej sali zbieramy się jak członkowie sekty, wyznawcy nieznanego Boga...godzina ćwiczeń...turlamy się, tarzamy, dotykamy, przeciagamy...śmiejemy...śmiejemy...śmiejemy...zmęczeni siadamy i rozmawiamy...otwieramy teksty...miedzy słowami doszukujemy się sensów nieodkrytych, nieznanych wartości, zagadek, powodów, przyczyn, intencji...czytamy...czytamy...mówimy...porywa nas do ruchu...nieporadne działania i gesty wydobywają się nam z ciał, poszukujemy...w dłoniach, nogach, głosach, sercach, duszach...prawdy, która sprawi, że nam uwierzysz...
...jutro znów sie spotkamy...
...w nocy mrokach, w autobusie moja pełna form i konwencji głowa kiwa się siłą bezwładu i zmęczenia...
...zasypiam w chłodnej pościeli z tekstem w ręku...